Lipiec. Już siedem godzin wędruję w upale. Podejście na górę Chełm, potem równie strome zejście. Szukanie drogi, bo wycięto drzewa, na których namalowane były znaki. Potem asfalt rozgrzany jak patelnia i kolejne wioski. Wreszcie znów jestem w lesie. I wreszcie prawdziwa ścieżka. Jest wąska, prowadzi skrajem lasu przez wysoką trawę i plątaninę jeżyn. Po prawej pola kukurydzy, po lewej pnie świerków i buków.
To ostatnie podejście. Przede mną Flasza. Tak nazywa się szczyt, ale też wioska, w której będę spać.
Po tylu godzinach wędrówki wpadam w coś w rodzaju transu. Przemieszczam się w rozgrzanym powietrzu powoli, jakbym płynęła. Tym, co mnie budzi, jest ból. Nie, to nie nogi. Jedna z nich ma protezę biodra, druga – strzaskane kolano poskręcane śrubami. Ale obie idą dzielnie. Ból dotyczy barku i łopatki. Promieniuje też na szyję. Moje ciało wyraźnie mówi: dość! Zdejmij to z pleców!
Nie mogę. Muszę dojść. Przecież już niedaleko. Ale bark, łopatka i szyja krzyczą coraz głośniej.
Upał trwa. Trawy nawet nie drgną, rozgrzane powietrze faluje.
Nagle… widzę, że ktoś idzie naprzeciw. To kobieta, ma suknię brązową jak zeschłe liście. Gdzieniegdzie plamy zieleni jak kępy mchu. Włosy w kolorze kasztanów i zielone oczy. Przed nią stąpa szary wilk, a za nią rudy.
Zatrzymują się. Zwierzęta stają po bokach, a ona kładzie dłonie na ich głowach. Patrzą na mnie w nieruchomym powietrzu.
-Szłaś dzielnie, nie zważając na ból i zmęczenie. Możesz o coś poprosić.
Głos jest spokojny, niemal senny. Nie waham się długo:
-Chciałabym móc zawsze chodzić po górach. Bez względu na wiek. Bez względu na moje ograniczenia.
Blade usta pozostają poważne, ale zielone oczy mrużą się w lekkim uśmiechu:
-Masz to.
Kłaniam się nisko. Plecak nie ułatwia mi zadania. I wtedy słyszę:
-Miałaś to już przedtem. Sprawiła to moc twojego serca.
Prostuję się z trudem. Znów czuję łopatkę i bark. Ścieżka jest pusta. Przywidziało mi się?
Wciąż pamiętam jej zielone oczy. Szare oczy wilków. Ich potężne łapy.
Docieram na szczyt. Flasza. Teraz już tylko w dół.


Wyruszam na Cergową z Daliowej piękna, dziką drogą przez zbocza góry Pitrosal – emocje! Wielki upał. Piję wodę i gadam w chatce studenckiej w Zawadce Rymanowskiej. Kombinuję razem z napotkanym turystą, jak zrobić piękną pętlę przez Cergową i wrócić do Daliowej- najlepiej inną drogą. Zobacz – mówi koleś – kawałek za drugim wierzchołkiem złapiesz ścieżkę, nie tracąc wysokości przejdziesz na jedną górkę, potem na drugą, i już będziesz na Przełęczy Szklarskiej. – Szedłeś tędy? – pytam, bo wiem, jak w rzeczywistości mogą wyglądać ścieżki, które są zaznaczone na mapie. – Nie – odpowiada. Dziewczyny z obsługi chatki też nie wiedzą. Mimo to wyruszam. Strome podejście. Szczyt blisko! I rozczarowanie: pokrzywy, trochę śmieci. Wilgotne krzaki. Gruby facet i dziewczyna jedzą chipsy. Eee, myślę, taka góra… Idę dalej. Ścieżka za drugim wierzchołkiem, pokrzywy, chaszcze. Wielkie błoto, chwilami głębokie, rozległe kałuże. Idę, nie chce mi się rąbać przez ten gąszcz. Widzę po słońcu, że ścieżka skręca coraz bardziej. Już wiem, że to nie ta ścieżka. Wracam pod górę stromym zboczem, szukam. Inna ścieżka. Ale po jakimś czasie też skręca nie tam, gdzie trzeba. Późna pora. Decyduję się na powrót wiedząc doskonale, że nie wyjdę na przełęcz, tylko gdzieś na Zawadkę Rymanowska w okolicy cerkwi. I tak właśnie się dzieje. Trochę zła, a trochę rozbawiona własnym nadąsaniem wracam grzecznie moją poranną trasą. Na osłodę wycyganiam w Farfurni wodę do picia i ogórka małosolnego – pyszności! Wracam pustą drogą przez dzikie zbocza Pitrosala. Długie cienie pod nogami, wieczór.


Ból kręgosłupa towarzyszy mi od kilkunastu lat. Potrafi uniemożliwić wykład lub ciekawy koncert. Może odebrać radość z podróży lub spotkania w gronie przyjaciół. Czasem włącza się w środku nocy i nie pozwala zasnąć.