Test sądecki

Cztery lata po wypadku i zmiażdżeniu głowy kości piszczelowej. Trzy miesiące po usunięciu zespolenia, całkiem pokaźnego, płytka i sześć śrub. Pora na test.

Wiem, że nadal nie mam powierzchni stawowej. Nie jest znany stan więzadeł. Ale mam dwie bezcenne rzeczy: moc i determinację. Chwilę myślę nad miejscem testu. Beskid Niski woła, jak zawsze, bardzo głośno. Ale przypominają mi się widziane spod bacówki nad Wierchomlą dwa wyniosłe, wyraźne szczyty rysujące się na horyzoncie. Wielki Rogacz i Radziejowa. Tak!

Wyjazd to mój prezent urodzinowy, a więc koniec marca. Guguy chce jechać ze mną. Nie jest w formie, dochodzi do siebie po infekcji, ale chce odwiedzić Muszynę, Krynicę, Żegiestów… powspominać. A więc jedziemy!

Prognoza, mówiąc delikatnie, średnia: +2 stopnie, deszcz. Ale co tam!

Pakując się mam przez chwilę w ręku raczki. Eeee – myślę – to nie Tatry! – i zostawiam je w domu.

Podróżujemy w deszczu. Kiedy docieramy do Rytra, bandycko wieje, wszędzie warstwa śniegu. Zaczynam się niepokoić: raczki zostały w domu! Jeśli w miejscowości jest tyle śniegu, to wyżej będzie więcej!

Następnego dnia na szczęście nie pada, ale wszystko pobielone. Guguy jak zwykle szaleje z niepokoju:

-Szlak na Radziejową nie będzie przetarty! Jest 60 cm śniegu! I są tam niedźwiedzie!!!

No dobra. Wybieram szlak do schroniska na Przehybę. Można kawałek podjechać samochodem. Guguy chce iść ze mną. Zostawiamy auto koło źródła i ruszamy niebieskim szlakiem Doliną Roztoki.

Najpierw niezłe błotko. Potem, bardzo szybko, pojawia się śnieg. Cały czas robię sobie wyrzuty z powodu raczków. Na razie śnieg jest puszysty, zero lodu.

Na stromszym odcinku Guguy decyduje się na odwrót. Ruszam dalej w błogiej samotności. To cudowna loneliness, samotność, która daje radość. Śniegu coraz więcej, potężne gałęzie jodeł i świerków zwisają nisko, białe i ciężkie. Czasem, żeby przejść, trzeba strząsnąć taką czapę, żeby nie nasypała się za kołnierz. Z drzew liściastych lecą większe i mniejsze pecyny śniegu, a czasem bryłki lodu. Przydałby się kask…

Wędrówka rozgrzewa mnie. Zatrzymuję się, żeby zdjąć jedną z warstw. Ups… suwak w mojej kurtce strajkuje. Robił to już czasem, ale nigdy na szlaku! Walczę z nim przez chwilę, potem ściągam kurtkę przez głowę i udaje mi się go spacyfikować. Ufff!

Ruszam dalej. Coraz stromiej, coraz głębszy śnieg, pojawia się mgła. Pierwsze polany, biało-szare duchy drzew, rozłożysta brzoza wyciąga ramiona. Mnóstwo śladów zwierząt: sarny, zające, jelenie, dziki… Śladów misia brak. Wchodzę na jeden szczyt, potem drugi. Piękny bukowo-jodłowy las, trochę skałek. Cały czas głęboki śnieg, z drzew lecą bryłki lodu coraz większych rozmiarów.

Chwila odpoczynku w nowej, wypasionej wiacie i ruszam dalej. Hala Konieczna: trochę zasp, małe świerczki i prawdopodobnie piękne widoki. Teraz króluje mgła. Robi się zimniej. Sięgam po rękawiczki, jest tylko jedna. No tak, została w miejscu, gdzie walczyłam z suwakiem. Na szczęście mam drugą parę.

Docieram do skrzyżowania grani i połączenia szlaków: cóż za autostrada! Mnóstwo ludzi szło tędy! No tak, to GSB- Główny Szlak Beskidzki, coś dla kolekcjonerów GOT i zdobywców diamentowej odznaki. Kolekcjonerów nie widać, ale idę znacznie wygodniej i szybciej. A ludzik w mojej głowie gada: DLACZEGO NIE WZIĘŁAŚ RACZKÓW?! Ćśś… raczki w głębokim, świeżym śniegu nie są potrzebne. Dam sobie radę!

Mgła coraz większa. Właściwie całkiem mi się podoba. Czuję się otulona, bezpieczna. Szlak wydeptany, nie sposób go zgubić. A w dodatku zbliżam się do schroniska. Gdzie ono jest?

Widzę stos drzewa, boisko do siatkówki, płotek. Ale gdzie u licha, budynek???

Trzeba podejść całkiem blisko, żeby wreszcie coś zaczęło majaczyć pośród mgły.

W środku bardzo sympatycznie. Pyszna zupa i herbata z imbirem i różnościami.

Pożeram, wypijam wszystko i ruszam z powrotem. Czeka mnie strome zejście w kopnym śniegu i mgle. BEZ RACZKÓW! – pastwi się ludzik.

Na razie idę w niezłym tempie. Autostradą i w dół. Zaczyna padać, a ja na odkrytym… Przyspieszam. Ludzik przestaje gadać, a deszcz rozkręca się coraz bardziej. Rozstaję się z GSB. Robi się stromiej. Szlak to szereg głębokich dziur wydeptanych w śniegu. Kolano ani piśnie, więc z premedytacją zaczynam je obciążać. Prawie skaczę z jednego śladu w drugi. A ono nic!

Wreszcie las! Jodły i świerki w śnieżnych czapach nieźle chronią przed deszczem. Dogania mnie człowiek. Nie zwalniając tempa zaczynamy gadać. Skąd, dokąd, gdzie mieszkasz? I opowieści o górach. Dobrze się idzie.

Pogrążona w rozmowie prawie nadeptuję na ociekającą wodą rękawiczkę.

-O – wykrzykuję – nic w przyrodzie nie ginie!

Pędzimy dalej. Deszcz nieco mniejszy, za to śnieg zamienia się w głębokie błoto.

Już Dolina Roztoki. Jest zasięg. Dzwoni Guguy z pytaniem, czy mnie podwieźć. Oczywiście! Będzie parę kilometrów mniej łażenia po szosie w deszczu, a on poczuje się Tym-Który-Pomaga. Zabieramy też Jarka, mojego towarzysza wędrówki.

Dzień kończy się kolacją w knajpie PTTK i nieodłącznymi opowieściami o górach. Jarek pędzi na pociąg, a my na kwaterę.

Test zaliczony. Bez raczków!

Jedna z polan na szlaku. Jeszcze coś widać.