Petrus

Kiedy tylko zobaczyłam te górę, natychmiast zapragnęłam na nią wejść. Było to kilka lat temu, w piękny jesienny dzień. Z wieży widokowej na szczycie Baranie ujrzałam ciemny, kłębiasty grzbiet wystający ponad inne. Nie miał jednego oczywistego wierzchołka, ale biła z niego wielka moc. Wszędzie płonęły buki skąpane w jesiennym słońcu.

Po zejściu z wieży (paru szczebli brakowało, dobrze, że mam staw biodrowy po remoncie) biorę mapę. Piotruś??? Co za kretyńska, infantylna nazwa dla tak wspaniałej góry?! Potem doczytuję jeszcze inną nazwę: Pitrosal. No, już lepiej. W końcu w starym przewodniku Krygowskiego znajduję imię, które najbardziej mi się podoba: Petrus, od wołoskiego określenia skały. Niemal jak święty Piotr, on tez był skałą…

Tak więc jest to opowieść o górze Petrus.

Parę lat później: jest piękny dzień sierpniowy. Wiem, już, że moja wędrówka skończy się wcześniej. Muszę przerwać ją i jechać na pogrzeb. Daję więc sobie w prezencie wycieczkę na tę górę.

Śpię w Farfurni w Zawadce Rymanowskiej, pławiąc się w luksusach samotnego noclegu w pięcioosobowym pokoju. To magiczne miejsce, przyjazne i pełne akceptacji. Przytulne, proste wnętrza, ręcznie robione ceramika. A jedzenie! Do tej pory śni mi się po nocach.

Wędrówkę zaczynam od cerkwi. Prawdopodobnie jest inna, krótsza droga. Ale mam potrzebę pożegnania Tego-który-właśnie-odszedł. A w kościele jest msza, to niedziela.

Ruszam. Szlak od początku grzęźnie w potężnym błocie. Chyba nawet przebija to , to było na Bukowicy… Poza tym znaków totalnie brak. Idę na czuja w górę, starając się wybierać nieco mniejsze bajora. Na bocznym szczyciku łapię szlak. Po zejściu w dolinę potoku oprócz błota pojawia się barszcz Sosnowskiego. Trzeba uważać! Czas płynie, pnę się pomału w górę. Oprócz wejścia na szczyt mam jeszcze jeden cel: Święta Studzienka, źródło, gdzie ponoć przebywał kiedyś święty Jan z Dukli. Wiem, że niełatwo je znaleźć. Już raz próbowaliśmy. Zniechęciły nas wiatrołomy i zmęczenie mojego towarzysza.

Teraz mam mnóstwo czasu i energii. Wędruję. Cudownie przekoszony grzbiet, z jednej strony niemal pionowy, porośnięty gęstym lasem: stare buki, świerki i brzozy. Dawno temu był tu kamieniołom, ale teraz wszystko rzetelnie zarosło. Urwisko, gdzieniegdzie przewieszone. Chłodny cień mimo upału. Uwielbiam cię, Góro!

Szczyt. Bez dalszych widoków, można podziwiać tylko zbocza opadające stromo w dół. Ale i tak jest pięknie. Pożeram kanapkę z fantastycznym hummusem z Farfurni i ruszam. Święta Studzienka czeka! Schodzę do drogi przecinającej grzbiet, ta drogą jeszcze sporo w dół. Zostawiam drogę i przedzieram się przez chaszcze. Wszędzie zwalone pnie, strome zbocza, kłębowiska gałęzi, gąszcz malin i jeżyn. Łażę tak z pół godziny i nic. Trzeba wracać.

Dochodzę już z powrotem do grani, kiedy dostrzegam niewyraźny ślad ścieżki. A może???

Jeszcze raz próbuję. Pokonując zwalone pnie schodzę nisko, jeszcze niżej niż poprzednio. Widzę małą drewnianą budkę pośród lasu. Eee, jeszcze jeden domek drwali! Widziałam ich sporo. Dla porządku podchodzę bliżej, ale nie próbuję otwierać drzwi. Zwykle są zamknięte, żeby ktoś drwalom nie narobił bałaganu.

Dostrzegam ścieżkę schodzącą za domkiem w dół. Może przynajmniej będzie strumyk… Upał, a mam już niewiele wody.

I nagle: błysk! Słoneczny promień odbity na powierzchni wody! Widzę małą kapliczkę na drzewie, a obok lśni ocembrowane kamieniami źródło. Znalazłam Świętą Studzienkę! Piję krystaliczną, zimną wodę i cieszę się chwilą. Próbuję jednak otworzyć drzwi budki. To mikroskopijna kapliczka: ołtarz, znicze, kwiaty.

Wracam zastanawiając się nad faktem, jak bardzo nasze wyobrażenia determinują to, co nam się wydarza. Byłam gotowa zawrócić, pewna, że to domek drwali. Czyli zawsze trzeba sprawdzać, co jest za tymi drzwiami. Może nie pety w słoiku, tylko święty Jan, wbrew naszym wyobrażeniom?

Schodząc w upale w kilku miejscach próbuję odnaleźć skrót do Farfurni. I znowu rąbię się przez chaszcze i błoto. Trochę już mi się nie chce. Wracam grzecznie na znajomy, grząski nie-szlak. Wychodzę z powrotem obok cerkwi. W nagrodę piękny widok: Cergowa w całej okazałości, skąpana w ciepłym świetle późnego popołudnia.

Następnego dnia nocuję w Lubatowej. Na kwaterze znajduję książkę Stanisława Kłosa Osobliwości Beskidu Niskiego. Czytam o Świętej Studzience: „ Miejsce to jest trudno dostępne i tylko wytrawny turysta może je odnaleźć… „

I wytrawna turystka. Dzięki, Góro!

swieta_studzienka

A jednak! Kapliczka na drzewie, poniżej otoczone kamieniami źródło