Wszystkie posty w kategorii: “Góry – druga ścieżka

Góry to ścieżka zewnętrzna. Nie warto rezygnować ze swoich pasji. Wędruję pomimo ograniczeń, wędruję ze zwyrodnieniami kręgosłupa, wędruję z endoprotezą stawu biodrowego. Radość jest większa niż ból. A czasem powoduje, że ból znika.

Dubne

To miało być spełnione marzenie. Tęsknię za wędrowaniem tam, gdzie oczy poniosą. I spaniem tam, gdzie akurat przyjdzie mi chęć. Oczywiście trzeba mieć namiot, śpiwór, palnik… Tu lekki problem. Pan doktor wygenerował, że mam nosić do 5 kilo. Oczywiście przekraczam ten limit, ale plecy już płaczą. Czasem całkiem głośno. Więc grzecznie śpię po kwaterach i marzę o spaniu-byle-gdzie…

Tej wiosny jest szansa! Mam Szerpę, a raczej Szerpankę. Jedzie ze mną Buga, moja córka, studentka. Ruszamy w Góry Leluchowskie zwane też Czerchowskimi. To zakątek zapomniany przez wszystkich. Niby Beskid Sądecki, ale odludny i dziki. Kiedyś mieszkali tu Łemkowie, zostało po nich kilka pięknych cerkwi. Między innymi ta w Dubnem. Zobaczyłam jej zdjęcie na wystawie amatorskiej fotografii. I już wiem: chcę tam być! Zobaczyć ją na własne oczy.

Jest początek czerwca. Ruszamy wcześnie rano. Z przygodami docieramy do Muszyny. Przygody polegają głównie na trudności w dostaniu się na pokład autobusu Kraków-Muszyna. Mimo, że mamy od dawna kupione bilety, z trudem udaje nam się znaleźć miejsca. Autobus pełen ludzi. Dziki upał, zero klimatyzacji. Uff, wreszcie Muszyna! Ostatnie zakupy i w drogę.

Idziemy grzbietem, który wznosi się coraz bardziej. Piękny las bukowy, gdzieniegdzie polany. Ludzi brak. Buga rwie do przodu. Ja czuję coraz większe zmęczenie. Tej nocy spałam tylko 3 godziny. Nie udało mi się zasnąć ani w pociągu, ani w zatłoczonym i hałaśliwym autobusie. Ale jakoś pełznę. Wszystko mamy ustalone. Rozbijemy się gdzieś przed Dubnem. Na mapie widać wyraźnie boczny dopływ potoku i ścieżkę wzdłuż niego. Rozbijemy się na łące nad strumieniem. Lubię „byle gdzie”, ale lubię też umyć się przed spaniem. Na zabraną przez Bugę paczkę wilgotnych chusteczek patrzę z lekką pogardą.

Schodzimy z grzbietu. Już późne popołudnie. Rozglądam się czujnie. Ani bocznego potoku, ani ścieżki. A wieś właśnie się zaczyna. W końcu pojawia się boczny strumyk, ale jakiś mało wyraźny, pełno pokrzyw.

Nagle widzimy cerkiew w ciepłym świetle późnego popołudnia. Rzeczywiście jest niezwykła, drewniana, wtulona w trawiaste zbocze, pięknie wkomponowana w wysokie drzewa.

Podziwiamy ją, ale co z naszym spaniem? Słońce już nisko, a moje plecy lamentują. Nie mówiąc już nic o ciele, które po upalnym dniu marzy o myciu.

Dwa domy za cerkwią już granica. Nie będziemy przecież spać na Słowacji…

-Pójdziemy w górę – decyduje Buga – i rozbijemy się gdzieś pod lasem.

Wspinamy się po zboczu w wysokiej trawie. Cerkiew widziana z góry jest jeszcze piękniejsza. Ale słońce już bardzo nisko. Szukamy – wszędzie za stromo. Piękna, kwitnąca łąka, ale pochyłość za duża. A w lesie chaszcze. Wreszcie już całkiem wysoko, znajdujemy w miarę płaski kawałek łąki. Protestuję, że nie ma strumienia. A moje mycie?

Buga tłumaczy, że zaraz będzie ciemno. No dobra, rozbijamy namiot. Buga do garów,  ja ćwiczę jogę próbując uspokoić górną część pleców. Lewa noga też rozrabia. Przez wiele lat z powodu zwyrodnienia prawego biodra była moją główną nogą. Ostatnio dość głośno komunikuje, że ma tego dość!

Po kolacji ruszam w dół. Nie odpuszczę mycia! Zabieram ręcznik, mydło i na wszelki wypadek czołówkę. Schodzę i schodzę. Niemal w zupełnej ciemności docieram do strumyka. Otaczają go pokrzywy i krowie placki. O, nie!

Wracam brudna. Buga patrzy na mnie z politowaniem. Wschodzi wielki księżyc. Wycieram się chusteczkami stojąc nago pośród wysokich, falujących traw. Świerszcze grają, kwiaty pachną. Jestem czysta! Wsuwam się do śpiwora.

Tej nocy też nie mogę zasnąć. Zakładam wszystko, co mam, ale trzęsę się z zimna. Mój śpiwór, wystarczający w Chorwacji, jest zbyt cienki na polskie góry. Bark, szyja i noga też cały czas do mnie mówią… Leżę i nasłuchuję. Mimo zmęczenia porywa mnie magia czerwcowej nocy. Odzywają się sowy, słychać tupoty i szelesty nocnych stworzeń. Kozioł podchodzi całkiem blisko i szczeka gardłowym głosem, niemal ocierając się o namiot. Kiedy w hukanie sowy wplata się głos kukułki, widzę, że ciemność zmienia barwę, blednie. Wychodzę na poranną praktykę jogi. Mgła. Namiot jakby frunął po zboczu. Drzewa w pobliżu jak nierzeczywiste duchy.

A potem wybucha słońce. Mgła znika i od razu robi się upał. Zwijamy się, jemy śniadanie. Z całym dobytkiem schodzimy w dół. Fotografuje jeszcze cerkiew w ostrym świetle poranka.

Uzupełniamy zapas  wody w jednym z domów i w drogę! Przed nami Wojkowa, dawna łemkowska wieś. Upał już nieziemski. Ale co tam! W razie czego mamy jeszcze pół paczki chusteczek.

Cerkiew w Dubnem wtulona w wysokie drzewa

Polana (Ego)

most Wisłoka

Mój himalajski most w Kątach. Spróchniały, ale wytrzymał.

Jestem uparta. Zauroczył mnie odcinek czerwonego szlaku, który biegnie szczytami Danii, Polany i Łysej Góry. To niezwykły grzbiet, dziki, ale chwilami widokowy. Z jednej strony przebłyskuje dolina, w której leży wieś Łysa Góra. Z drugiej – piętrzy się niezwykła, ciemna i skłębiona góra Kamień. Skrywa mroczną tajemnicę. Tam rozstrzelano Żydów z okolicy, ponad tysiąc osób… Dlatego góra marszczy posępnie czoło. Od pasma Danii dzieli ją głęboko wcięta dolina Wisłoki.

Za pierwszym razem przeszłam tędy spiesząc się, pełna obaw, jak moja sforsowana noga pokona strome i długie podejście. I co na to moje plecy?

Rok później musiałam skrócić wędrówkę. Trzeba było wrócić wcześniej i pożegnać bliską mi osobę. Do trzech razy sztuka! Teraz przejdę tę trasę bez pośpiechu. Nie będę spać w  Kotani, tylko w Mrukowej. Odległość podobna, ale nie ma bandyckiego podejścia na górę Kamień.

Wyruszam z Chyrowej tuż po ósmej rano, pełna podziwu dla własnej dyscypliny. Wszystko zdążyłam zrobić: poćwiczyć jogę, zjeść śniadanie, pogadać z sympatycznym Niemcem, którego coś zaniosło w polskie góry. Wciąż podziwiając siebie wspinam się na grzbiet. Chaszcze mokre po nocnym deszczu. Szlak oznaczony słabo, a chwilami wcale. Co tam! Przeszłam tędy bez problemów dwa lata temu!

Wędruję, błoto mlaszcze pod butami. Po nocnym deszczu niebo wciąż pochmurne. Wciąż podziwiam swoje tempo i dyscyplinę.

Nagle… odnotowuję, że przedzieram się przez chaszcze gęstsze niż zwykle. I że dawno nie widziałam już znaków. Wyciągam mapę. Widzę plątaninę nieoczywistych dróg schodzących z grzbietu na obie strony. Hm, chyba zeszłam ze szlaku. Ale gdzie jestem? Niebo pochmurne, zero słońca. Nie ma mowy o zorientowaniu mapy. Miałam kupić kompas, ale odpuściłam, mam przecież GPS w telefonie. Tylko mój telefon jest w podeszłym wieku, nie ma ochoty wczytać mapy…

Próbuję starą metodą cofnąć się po własnych śladach. Docieram do szczytu z niedużą polanką. Oczywiście nie ma go na mapie. Prowadzą stamtąd dwie wyraźne drogi. Na żadnej z nich nie ma znaków. Reszta to kłębiące się chaszcze i niewyraźne ścieżki. Gdzie ja, u licha, jestem?

Krążę wokół szczyciku. Czas płynie. Sprawdzam jedną i drugą drogę. Mogę oczywiście zejść każdą z nich. Ale wtedy mogę nadłożyć drogi, a moje mniemanie o umiejętnościach orientacji legnie w gruzach. Wreszcie promyk słońca! Udaje mi się zorientować mapę! Wygląda na to, że chaszczując w zamyśleniu minęłam szczyt góry Polana i schodzę gdzieś na Myscową.

Słońce znika. Ale mam już pojęcie o kierunkach. Chaszczuję uparcie po stromym zboczu. Tu gdzieś powinien być szlak!

I nagle… fatamorgana? Widzę kiwającą się rytmicznie postać zgarbionego nastolatka w kamizelce odblaskowej. Z telefonu płynie muzyczka, coś w rodzaju rapu. Jest szlak!

Koleś znika za zakrętem. Przywidziało mi się? Nie, idą dwaj następni. Obcokrajowcy, jeden mówi po angielsku. Wie, że idą na szczyt góry Polana. Super! Ale chaszczując mogłam go minąć wierzchołek. Wtedy zacznę się cofać. Słońca nadal nie ma.

– A skąd idziecie? – pytam. Jeśli poznam nazwę miejscowości, ustalę kierunek. Proste!

Śmieje się. – Och, całkiem spoko miejsce! Kate? Katrina? Nasz przewodnik wie, jest gdzieś z przodu!

Miejscowości nie pamięta. Dziękuję im, ruszają.

Analizuję jeszcze raz mapę. Jeśli zbocze mam z lewej, to minęłam główny szczyt. Zakładam, że tak się stało i ruszam. Już nie bujam w obłokach. Czas też mam średni… Błądzenie kosztowało mnie sporo sił i prawie dwie godziny.

Teraz już pilnuję znaków. Nie jest to łatwe. Niektóre są ledwo widoczne, a część drzew wycięto. Schodzę wreszcie na przełęcz. Ufff, jednak idę w dobrą stronę.

Zjadam coś pospiesznie na widokowych polanach pod Łysą Górą i ruszam dalej. Mój dobry czas i mniemanie o sobie diabli wzięli.

Dopiero teraz wychodzi słońce. Upał. Nie mogło być tak wcześniej?

Odpoczywając w cieniu kombinuję. Może mogę trochę poprawić opinię na swój temat? I przy okazji zaoszczędzić trochę czasu. Plecy już zaczynają płakać, a do Mrukowej jeszcze daleko.

Zerkam na ciemną, piętrzącą się górę Kamień. Nie tym razem, Góro! Ale jeszcze się spotkamy!

Wymyślam skrót: boczną ścieżką na Grzywacką Górę, potem trasą rowerową na wieś Kąty. Kawałek szosą, kładką przez Wisłokę i bocznymi drogami przez Brzezową do Mrukowej. Super, może łatwo się zamyślam, ale kombinować umiem!

Wychodzę z lasu. Przede mną piękna panorama: rozległa dolina Wisłoki, wieś Kąty… Widać moją trasę: barwne łąki w bocznej dolinie, wijącą się Wisłokę, Brzezową, nawet Mrukowa przebija w oddali! Z lewej poważna góra Kamień. W tle ciemne kształty gór: Kolanin, Świerzowa, Magura Wątkowska…

Uciszam tego ludzika we mnie, który woła: ojej, jak daleko! Nie dasz rady! Zarzucam plecak, skręcam w stronę Grzywackiej Góry. Na szczycie piętrzy się dziwna konstrukcja. Okrągły biały słup, dookoła wiją się strome kręcone schodki, kończy się to czymś w rodzaju bocianiego gniazda na szczycie masztu. Wygląda to jak scenografia z planu ze starego filmu science-fiction. Na dodatek zwieńczone krzyżem…

Zwalczam pokusę, żeby wdrapać się na wieżę i ruszam. Schodzę w pejzaż jak w obraz, stromą ścieżką rowerową, którą przy okazji wiedzie droga krzyżowa.

W Kątach uderza we mnie wściekły upał. Mam już niewiele wody. Rozważam pójście do sklepu, ale to nie po drodze. Dodatkowe dwa kilometry szosą, nie! Wstąpię do jakiegoś domu i poproszę o kranówkę. Albo studniówkę…

Kąty to duża wieś, ale nikt nie pomyślał o zrobieniu chodnika. Idę główną szosą, nad uchem ryczą samochody. Upał jak w Afryce. Mam dość! Zaraz poproszę o wodę.

I nagle… cud! Wsi nie stać na chodnik, ale jest tu drugi sklep! Przed nim, jak trzeba, wygodny stół i ławki. Kocham Kąty!

Po chwili siedzę wygodnie w cieniu pod sklepem, sączę zimny kefir. Jestem w niebie!

Pokrzepiona ruszam dalej. Nadal straszny upał, ale mam zapas wody. I zaraz zejdę z tej cholernej szosy. Na mapie ścieżka rowerowa przechodzi przez Wisłokę. Musi być tu kładka! I jest.

Z niedowierzaniem oglądam coś w rodzaju wąskiego wiszącego mostu rodem z Himalajów. Spróchniałe deski, całość wisi na zardzewiałych łańcuchach. Pod spodem nie ma przepaści, ledwie parę metrów do płynącej leniwie Wisłoki, ale spaść można. No trudno, ruszam.

Po chwili jestem już na szosie w bocznej dolinie. Kiedy skończy się ten upał??? Ciągle jakieś pagórki, stromo w górę, stromo w dół… Zaczyna się wieś Brzezowa. Próbuję łapać stopa, ale bez powodzenia. Chyba za bardzo śmierdzę i kierowcy to czują… Wieś ciągnie się przez kolejne kilometry. Szkoła, kościół, po cholerę tyle domów?

Włażę pod kolejna górkę smażąc się w upale, kiedy pojawia się facet. Widać, że pracuje fizycznie, ogorzała twarz, spłowiałe od słońca włosy, wąsy. Trochę przynapity. Prowadzi rower, a może to rower prowadzi jego?

– Dzień dobry, pani ładna. Ludzie chodzą ulicami… – i patrzy na mnie pełen pijackiej zadumy.

Tak – odpowiadam – chodzą. Do widzenia!

Wypełzam z wsi. Ufff, nieco chłodniej! W szczerym polu wreszcie tabliczka: Mrukowa. Wsi nie widać, ale jest przynajmniej napis…

Do wsi docieram po kolejnych dwudziestu minutach. Jeszcze pytam o drogę. I wreszcie staję przy furtce, gdzie wita mnie szczekaniem sympatyczny pies Piorun.

Petrus

Kiedy tylko zobaczyłam te górę, natychmiast zapragnęłam na nią wejść. Było to kilka lat temu, w piękny jesienny dzień. Z wieży widokowej na szczycie Baranie ujrzałam ciemny, kłębiasty grzbiet wystający ponad inne. Nie miał jednego oczywistego wierzchołka, ale biła z niego wielka moc. Wszędzie płonęły buki skąpane w jesiennym słońcu.

Po zejściu z wieży (paru szczebli brakowało, dobrze, że mam staw biodrowy po remoncie) biorę mapę. Piotruś??? Co za kretyńska, infantylna nazwa dla tak wspaniałej góry?! Potem doczytuję jeszcze inną nazwę: Pitrosal. No, już lepiej. W końcu w starym przewodniku Krygowskiego znajduję imię, które najbardziej mi się podoba: Petrus, od wołoskiego określenia skały. Niemal jak święty Piotr, on tez był skałą…

Tak więc jest to opowieść o górze Petrus.

Parę lat później: jest piękny dzień sierpniowy. Wiem, już, że moja wędrówka skończy się wcześniej. Muszę przerwać ją i jechać na pogrzeb. Daję więc sobie w prezencie wycieczkę na tę górę.

Śpię w Farfurni w Zawadce Rymanowskiej, pławiąc się w luksusach samotnego noclegu w pięcioosobowym pokoju. To magiczne miejsce, przyjazne i pełne akceptacji. Przytulne, proste wnętrza, ręcznie robione ceramika. A jedzenie! Do tej pory śni mi się po nocach.

Wędrówkę zaczynam od cerkwi. Prawdopodobnie jest inna, krótsza droga. Ale mam potrzebę pożegnania Tego-który-właśnie-odszedł. A w kościele jest msza, to niedziela.

Ruszam. Szlak od początku grzęźnie w potężnym błocie. Chyba nawet przebija to , to było na Bukowicy… Poza tym znaków totalnie brak. Idę na czuja w górę, starając się wybierać nieco mniejsze bajora. Na bocznym szczyciku łapię szlak. Po zejściu w dolinę potoku oprócz błota pojawia się barszcz Sosnowskiego. Trzeba uważać! Czas płynie, pnę się pomału w górę. Oprócz wejścia na szczyt mam jeszcze jeden cel: Święta Studzienka, źródło, gdzie ponoć przebywał kiedyś święty Jan z Dukli. Wiem, że niełatwo je znaleźć. Już raz próbowaliśmy. Zniechęciły nas wiatrołomy i zmęczenie mojego towarzysza.

Teraz mam mnóstwo czasu i energii. Wędruję. Cudownie przekoszony grzbiet, z jednej strony niemal pionowy, porośnięty gęstym lasem: stare buki, świerki i brzozy. Dawno temu był tu kamieniołom, ale teraz wszystko rzetelnie zarosło. Urwisko, gdzieniegdzie przewieszone. Chłodny cień mimo upału. Uwielbiam cię, Góro!

Szczyt. Bez dalszych widoków, można podziwiać tylko zbocza opadające stromo w dół. Ale i tak jest pięknie. Pożeram kanapkę z fantastycznym hummusem z Farfurni i ruszam. Święta Studzienka czeka! Schodzę do drogi przecinającej grzbiet, ta drogą jeszcze sporo w dół. Zostawiam drogę i przedzieram się przez chaszcze. Wszędzie zwalone pnie, strome zbocza, kłębowiska gałęzi, gąszcz malin i jeżyn. Łażę tak z pół godziny i nic. Trzeba wracać.

Dochodzę już z powrotem do grani, kiedy dostrzegam niewyraźny ślad ścieżki. A może???

Jeszcze raz próbuję. Pokonując zwalone pnie schodzę nisko, jeszcze niżej niż poprzednio. Widzę małą drewnianą budkę pośród lasu. Eee, jeszcze jeden domek drwali! Widziałam ich sporo. Dla porządku podchodzę bliżej, ale nie próbuję otwierać drzwi. Zwykle są zamknięte, żeby ktoś drwalom nie narobił bałaganu.

Dostrzegam ścieżkę schodzącą za domkiem w dół. Może przynajmniej będzie strumyk… Upał, a mam już niewiele wody.

I nagle: błysk! Słoneczny promień odbity na powierzchni wody! Widzę małą kapliczkę na drzewie, a obok lśni ocembrowane kamieniami źródło. Znalazłam Świętą Studzienkę! Piję krystaliczną, zimną wodę i cieszę się chwilą. Próbuję jednak otworzyć drzwi budki. To mikroskopijna kapliczka: ołtarz, znicze, kwiaty.

Wracam zastanawiając się nad faktem, jak bardzo nasze wyobrażenia determinują to, co nam się wydarza. Byłam gotowa zawrócić, pewna, że to domek drwali. Czyli zawsze trzeba sprawdzać, co jest za tymi drzwiami. Może nie pety w słoiku, tylko święty Jan, wbrew naszym wyobrażeniom?

Schodząc w upale w kilku miejscach próbuję odnaleźć skrót do Farfurni. I znowu rąbię się przez chaszcze i błoto. Trochę już mi się nie chce. Wracam grzecznie na znajomy, grząski nie-szlak. Wychodzę z powrotem obok cerkwi. W nagrodę piękny widok: Cergowa w całej okazałości, skąpana w ciepłym świetle późnego popołudnia.

Następnego dnia nocuję w Lubatowej. Na kwaterze znajduję książkę Stanisława Kłosa Osobliwości Beskidu Niskiego. Czytam o Świętej Studzience: „ Miejsce to jest trudno dostępne i tylko wytrawny turysta może je odnaleźć… „

I wytrawna turystka. Dzięki, Góro!

swieta_studzienka

A jednak! Kapliczka na drzewie, poniżej otoczone kamieniami źródło

 

 

Bukowica 2 (aniołowie)

Moje letnie wędrówki zaczynają się wiosną. Siadam z mapą i planuję. Czuję się trochę jak smakosz układający menu. Rozważam, analizuję. Potem i tak życie to modyfikuje. Ale właśnie to jest najbardziej ekscytujące.

W tym roku ciekawym początkiem miała być wędrówka z Darowa do Puław. Akurat na przystawkę… Po wizycie w leśniczówce miałam podejść na górę Dił, musnąć jeden ze szczytów Bukowicy i przez piękne widokowe łąki zejść na Puławy Górne.

Lało od rana. Cóż było robić? Grzecznie pozwalam zawieźć się do Puław. Nie będę łazić w deszczu, skoro jeszcze mam do dyspozycji samochód.

Docieram na kwaterę późnym popołudniem. W Puławach więcej krów niż ludzi. Malownicza, pięknooka grupa stoi na przystanku. Nie wiem tylko, czy autobus je zabierze?

Deszcz przestaje padać. Ruszam na zachód słońca na widokowy szczyt Polana. Wszystkie pasące się tam krowy patrzą na mnie: kim jesteś? Dokąd idziesz?. Zaliczam zachód słońca. Wypogadza się. Dreszcz ekscytacji: jutro wyruszam!

Następnego dnia od rana w drodze. Chcę przejść przez bezimienny grzbiet do Woli Sękowej, zobaczyć Uniwersytet Ludowy, podejść na dziko na Bukowicę i wrócić czerwonym szlakiem, który biegnie przez jej pasmo. Trasa w większości bez szlaku, ale od czego mam mapę i czuja? Aha, mam jeszcze GPS w telefonie. Na bezimiennym grzbieciku łapię szlak jeździecki. Wszystko gra. Po całodziennym deszczu  droga przypomina koryto wypełnione rzadkim błotem. Spotykam tylko dwie piękne łanie. Słońce! Dziś już nie będzie deszczu. Szlak jeździecki skręca w bok, a ja bez trudu docieram do Woli Sękowej. Robię dużą pętlę przez wieś. Mogłabym skrócić, ale to przecież wycieczka krajoznawcza. Wszędzie zabawne rzeźby. Drewniany rybak z drewnianym pstrągiem nad potokiem. Rzeźbiony strach na wróble na rozstajach.

Podchodzę zawracając do górnej części wsi. Jest Uniwersytet Ludowy. Odremontowany ładny budynek, wokół w starym sadzie kolejne rzeźby. Wiklinowy ptak czuwa koło domu. Korowód drewnianych postaci wędruje w stronę pól. Spędzam tam całą godzinę. Odpoczywam, jem puszeczkę tuńczyka i gadam. Dziewczyny pokazują mi kolejne pomieszczenia. Może zrobimy tu kiedyś wyjazd jogiczny?

Poora ruszać. Bukowica groźnie piętrzy się przede mną. Po analizie mapy decyduję się na jedną z dróg. Szlaku nie ma i nie będzie. Ale idąc w górę muszę dotrzeć na grzbiet! Najwyżej będzie trochę chaszczowania…

Przez przysiółek Wola Jaworowa docieram do krawędzi lasu. Tu zaczynają się schody. Na mapie mam dwie drogi. A tu – cztery. Po namyśle ruszam środkową. Typowa droga zrywkowa, błoto gęste jak śmietana. Idę stromo do góry. Super, zdobywam wysokość!

Po jakimś czasie orientuję się, że droga trochę za bardzo skręca na zachód. Powinnam iść na północ. To nic, może zmieni kierunek? Zmienia, na jeszcze bardziej zachodni. I docieram do dwóch zrywkowych maszyn na stromym zboczu. Droga skręca dalej ostro na południe. Co tam! Widzę, że grzbiet już blisko. Jestem trochę za bardzo na zachód, ale ten szczyt na pewno łączy się z Bukowicą. Podchodzę zanikającą ścieżką. Potężne chaszcze, splątany gąszcz malin i jeżyn po pas, co chwila zwalone pnie. Rąbiąc się przez gąszcz docieram do miejsca, gdzie wszędzie jest w dół. Gdzie Bukowica?!

Rozkładam mapę. Aha, Jawornik, jedyny szczyt w pobliżu nie połączony z głównym grzbietem. Teoretycznie jestem blisko, ale muszę zejść stromo w dół przez chaszcze i znowu stromo podejść. W tempie kilometr na godzinę. To już chyba wolę rzadkie błocko na drodze zrywkowej…

Grzecznie podkulam ogon i schodzę. Na chaszczówę zużyłam ponad godzinę czasu i sporo sił.

Po analizie mapy decyduje się na nieco okrężną drogę przez wieś Tokarnia. Wygląda na to, że leśna droga dochodzi do grzbietu. Pewności oczywiście nie ma. A czas płynie…

Ruszam dobrym krokiem. Nie chciałabym iść przez Bukowicę nocą. Nocne  błądzenie niekoniecznie mi pasuje. Wiem, że jest tam gawra niedźwiedzia. Zatrzymuję się na krótko, żeby spojrzeć na mapę. Odpalam GPS w telefonie, ale tylko na chwilę. Oszczędzam baterię. Oszczędzam też wodę. Jedzenia już nie mam. Dam radę!

Droga pnie się coraz stromiej. Środkiem płynie już błotnisty strumyk. Wciąż nie mam pewności, jak daleko do grzbietu. Las jest gęsty, a błoto kosmiczne. Słońce zniża się coraz bardziej. Cały czas idę w górę. Duża ta Bukowica…

Jest! Wreszcie grzbiet i czerwony szlak. Oglądam mapę. Teraz dopiero widzę, że Bukowica wzięła haracz. Gdzieś w dzikich ostępach został mój turystyczny kapelusz. Trudno. Może jakiś misiek go założy…

Idę szybkim krokiem. Błoto kosmiczne jak dotychczas, ale przynajmniej jest mniej stromo. Chcę jak największą część lasu przejść za dnia. Nagle: cud! W tym stromym, odludnym miejscu wiata! Nowa, bardzo porządna, z piecem typu grill. W wiacie siedzą trzej aniołowie i wyżerają coś z menażek. Dla niepoznaki ubrani jak turyści.

-Cześć! – woła pierwszy anioł. – Na pewno jesteś głodna. Gulaszu już nie ma, ale dostaniesz kanapeczkę.

Gadamy. Jak zwykle: skąd i dokąd? Aniołowie mają namiot i chcą nocować gdzieś w pobliżu.

Dostaję kanapeczkę z pasztecikiem. Wcinam, aż miło, chociaż jestem wegeterianką. Nalewają mi też całą butlę wody.

Dzwoni telefon:

-Jak tam? Jesteś już w knajpie? (no tak, miałam zdążyć do restauracji w Puławach na kolację).

– Jeszcze nie…

– A gdzie jesteś?

– Na Bukowicy, przy jednym ze szczytów – mówię oględnie.

Aniołowie chcą spieszyć z wyjaśnieniami, gdzie dokładnie jesteśmy. Uciszam ich stanowczym gestem. Po co człowieka denerwować?

-Ojej, to jeszcze strasznie daleko!

– Spoko, mam czołówkę. Dam radę!

Żegnam się z aniołami i ruszam. Zapada zmrok. Las traci szczegóły, kontury rozmywają się coraz bardziej. Wędrując zaczynam gwizdać łemkowskie piosenki. Tak na wszelki wypadek, pod te miśki… Nie zapalam jeszcze czołówki. Ciemność pochłania mnie. Wyczuwam szlak pod stopami, błoto chlupie. Staję się jednym z Bukowicą. Oddycham z nią, wchłania mnie miękko i przyzwalająco. Czuję zmęczenie, ale wiem, że mogłabym tak iść i iść.

Zapalam czołówką dopiero na zejściu, kiedy błoto staje się jeszcze rzadsze. Poza tym nie widać już znaków na drzewach, a ścieżka dzieli się na dwie lub trzy…

Już wyjście z lasu. Na bezchmurnym niebie wielki księżyc.

Oglądam się w tył, na ciemny, milczący grzbiet. Dzięki, Góro! Przeżyłyśmy coś razem.

Wracam powoli przez łąki zalane światłem księżyca. Przechodzę obok łemkowskiego cmentarza. Stare drzewa milczą, duchy aż fruwają w powietrzu. Hospody pomyłuj!

Na kwaterę docieram koło dziewiątej wieczorem. I znów puszeczka: tuńczyk z warzywami. To z pewnością dzień tuńczyka. I dzień Bukowicy.

bukowica

Bukowica w zapadającym zmroku. Jeszcze coś widać.

Myscowa

Zwykle piszę wyłącznie o górach. Ale ta wieś zasłużyła na osobną opowieść.

Przycupnęła na zboczach w miejscu, gdzie Wisłoka, meandrując, wrzyna się między pasmo Danii, Polany i Łysej Góry a górę Kamień. Wewnątrz wsi, na wzgórzu, murowana cerkiew i resztki starego cmentarza. Cerkiew góruje nad wszystkim, jest sensem i sercem tej wsi. Aha, i teraz jest katolickim kościołem.

Wędruję ze schroniska w Hucie Polańskiej. Mijam cerkiew w Polanach. Sklep zamknięty. Mam tylko puszeczki i suchą owsiankę. Ale co tam, po drodze jest Myscowa. Kupię sobie świeżą bułkę i kefir. Na pewno pod sklepem, jak wszędzie tutaj, jest elegancki stół, ławki i parasol. Sklep w Beskidzie jest ośrodkiem życia towarzyskiego, czymś pomiędzy kawiarnią i domem kultury. No więc na pewno będzie stół i ławki!

Wspinam się malowniczą doliną potoku. Upał, zbiera się na deszcz. Idę tak zwanym żółtym szlakiem rowerowym. Jak na razie zauważyłam dwa znaki. Hm… No dobra, droga jest oczywista. Pod koniec doliny muszę wspiąć się na zbocze i przekroczyć przełęcz. Każde zejście w dół doprowadzi mnie do Myscowej. Proste.

Nie tak do końca. Szukam miejsca, gdzie szlak opuszcza dolinę. Jest droga, najpierw łagodnie, potem stromo pod górę przez bujne łąki. Znaków nie ma, ale jakaś dobra dusza przyczepiła do sterczących na łące kołków i samotnych drzew spłowiałe kawałki plastikowej taśmy.  Widoki coraz piękniejsze, cerkiew w Polanach jak maleńka, błyszcząca bańka pośród gór.

Przełęcz! Ostatni rzut oka na tamtą stronę i zaczynam zejście na Myscową. Nad górą Kamień wielka chmura. Dreszcz emocji – ten szczyt ma w sobie coś… Poczekaj, Góro. Już niedługo. Pojutrze się spotkamy! Zaliczam jeszcze deszcz, i już Myscowa. Mogłabym tak naprawdę od razu skręcić w prawo na drogę, która przez bezimienne pasmo prowadzi na Chyrową – ale moja restauracja? Mój piękny stolik pod sklepem?

Myscowa to wieś, gdzie czas się zatrzymał. Domy pokryte papą, eternitem, dachówką albo kombinacją – co tam było pod ręką. Wszędzie, nawet pod cerkwią, pasą się krowy i łażą kury.

Pusty plac poniżej cerkwi to centrum wsi. Przystanek i sklep. Gdzie mój piękny stolik? Pod budynkiem mała ławeczka, taka na dwie osoby. Zero parasola. A słońce znowu praży…

Zostawiam plecak na pustej ławeczce (plecy już narzekają) i wchodzę do środka. Nie ma bułek. Przecież nie kupię całego chleba! Decyduję się na kefir, herbatniki i rodzynki. Razem z vege puszką i kranówą z Huty Polańskiej będzie świetny lunch!

Kiedy wychodzę ze sklepu, na ławeczce obok mojego plecaka siedzi kobieta. Wpatruje się we mnie. Przybysz z innego świata, jakiś nowy element.

Zaczynamy rozmawiać. Kobieta może być nieco tylko starsza ode mnie, ale według miejscowego dress codu ubiera się jak ktoś, kto nie ma już wobec życia żadnych oczekiwań. Workowata bluzka, chustka na głowie. Piękne ciemne oczy, spokojna i zrezygnowana twarz. Zadaje mi nieśmiertelne pytanie:
– A dlaczego pani tak chodzi po górach?
Tłumaczę, że pracuję na siedząco. I bolą mnie plecy. Muszę się ruszać.
Kupiła.
Skąd idę? Z Huty Polańskiej do Chyrowej.
Zerka na mnie już nieco inaczej. Może jednak nie jestem z kosmosu…
– Aha… A potem gdzie?
– Do Kotani.
Patrzy na mnie jak na idiotkę: – To przecież w drugą stronę!

To nie mieści się jej w głowie. Idę gdzieś i następnego dnia wracam z powrotem???

Przepadłam. Nic już się nie da zrobić. Jestem niespełna rozumu. A może naprawdę jestem? Jeśli powiem jej, że pragnę przejść kolejny kawałek GSB przez widokowa Łysą Górę, i tak nie uwierzy.

Nie pozostaje nic innego, jak pożegnać się i odejść. Jestem głodna, ale chcę znaleźć miejsce, gdzie nie śmierdzi gnojówką. A poza tym te oczy…

Wieś jest długa. Szutrowa droga prowadzi wśród łąk wzdłuż potoku. Krowy i placki w dużych ilościach. Wreszcie las! Rozkładam na mokrej trawie matę do jogi, pożeram wszystkie smakołyki. Pachnie intensywnie miętą, musiałam zgnieść kilka liści. Zrywam więcej na wieczorną herbatę. Życie jest piękne!

Przechodząc przez bezimienny grzbiet dzielący mnie od Chyrowej delektuję się ciszą. Spotykam stado saren, dwa lisy i zaskrońca. I faceta, który na mój widok zatrzymuje traktor i zadaje drugie nieśmiertelne pytanie:
– A nie boi się pani tak sama?
– Nie. Czego mam się bać?
– No, że zgwałcą…
– E, tam! Do widzenia!

myscowa

Myscowa. Kościół w budynku dawnej cerkwi. Góruje nad wszystkim.

myscowa

Tokarnia

Jest w Beskidzie kilka gór o tej nazwie. Ale moja bohaterka to najbardziej na wschód położony wierzchołek dzikiego pasma Bukowicy. Już prawie Bieszczady, graniczna dolina Osławy tuż, tuż. Bukowica wije się kosmatym, zalesionym grzbietem. Piękny bukowy las, wielka pustka, wilki i niedźwiedzie. Wzdłuż grzbietu Główny Szlak Beskidzki, znaki czerwone. No właśnie, znaki…

Pasmo Bukowicy – oczywiście wraz z Tokarnią – wybrałam na pierwszy dzień mojej samotnej wędrówki. To był test. Po wstawieniu endoprotezy biodra bardzo szybko wróciłam do wędrówek po górach.  Ale zawsze na lekko. I zawsze z Sherpą. Staw biodrowy już nie bolał, ale moje plecy odmawiały noszenia czegokolwiek.

Potem nastąpiła poprawa. No to jadę! Układam plan: nie za duże odcinki, noclegi, obiadokolacje. Bukowica kusi mnie od momentu, kiedy usłyszałam tę nazwę. Buki to moi starsi bracia. Wpada mi w ucho jakaś historia o błądzeniu na Tokarni, ale co tam! Błądziła młodzież bez doświadczenia. A ja jestem stary bieszczadnik (beskidnik?).

Zaczynam klasycznie, od Komańczy. Po noclegu w schronisku wyruszam. Wielkie emocje! To test mojego nowego biodra i moich pleców reanimowanych fizjoterapią i codzienną praktyką jogi.

Pierwsze błądzenie zaliczam już na Wahalowskim Wierchu. Na trawiastym szczycie nie ma żadnych oznaczeń. Pozostaje mapa i wyobraźnia. I instynkt. Wycofuję się grzecznie, znajduję właściwą drogę. Górę Kamień z pięknymi skałkami przebywam bez problemu. Jeszcze fotograficzne szaleństwo na terenie dawnej wsi Przybyszów. Kwitnie barszcz Sosnowskiego. Ogromne, biało kwitnące rośliny, wielkie jak znaki drogowe, baldachy jak półmiski… Całe pole!

I już Tokarnia. Wychodzę z lasu. Tam, gdzie nie ma drzew, nie ma też znaków. Ale jest ścieżka wydeptana w trawie. Niezbyt wyraźna, ale zawsze. Podchodzę dzielnie, plecy jakoś się trzymają. Późne popołudnie, ciepłe, nasycone światło.

Problem zaczyna się wraz z początkiem sianokosów. Łąki na górnej części zbocza są skoszone. Gdzie moja ścieżka? Nie ma nic. Według mapy szlak prowadzi prosto na szczyt. Idąc w górę trafię na niego, proste! Muszę jeszcze tylko przejść przez las. Idąc coraz bardziej stromo przez skoszone łąki docieram do jego krawędzi.

Hmm… Las jest zbitą gęstwiną jeżyn, malin i pokrzyw. W tym wszystkim rosną drzewa. Zero szlaku, zero ścieżki. Wędruję wzdłuż krawędzi. Nic, po prostu busz. Przecież nie będę się przez to rąbać. Powinnam być już w Woli Piotrowej!

Coś warczy. Zboczem, na przełaj przez skoszone łąki suną dwa samochody terenowe. No tak, jest niedziela, trzeba zażyć świeżego powietrza.

Zatrzymuję jeden z samochodów. Facet koło trzydziestki, szorty, mięsień piwny.
– Przepraszam, nie widział pan czerwonego szlaku?
Patrzy na mnie zdziwiony:
– Czego???
– Szlaku. No, biało-czerwonych znaków na drzewach – wyjaśniam.
– A, tam było coś takiego.
– Dziękuję!!!

Idę we wskazanym kierunku. Jest szlak! Elegancka droga przez busz. I szczyt Tokarni z wielkim masztem i widokiem na okoliczne pasma gór. Za mną błękitnieje Chryszczata. Przede mną kudłate cielsko Bukowicy, moja jutrzejsza trasa. U moich stóp Wola Piotrowa. Nasycone światło późnego popołudnia. Intensywnym fioletem kwitnie wierzbówka.

Telefon:
– Jesteś już na miejscu od dawna? Jak tam kwatera?
– No nie… Trochę błądziłam, nie było znaków, a tu wszędzie skoszona łąka. Ale za to nauczyłam gościa, co to jest szlak!

Do Woli Piotrowej docieram późno. Plecy płaczą… Kolacja, a potem kilka regeneracyjnych asan przed snem. Jutro reszta pasma Bukowicy i leśniczówka Darów!

tokarnia beskid niski

Chyrowa (Skróty)

To miał być jeden z dni rekreacyjnych. Śpię dwie noce w schronisku w Chyrowej, pławiąc się w rozpuście pojedynczego pokoju z łazienką za jedyne 60 zł. Tak więc ruszam na lekko, kierunek dość oczywisty. Nigdy nie byłam w Dukli. A jeśli ktoś wielbi prozę Stasiuka, Dukli po prostu nie może ominąć! Pan Andrzej, sympatyczny właściciel schroniska, radzi mi pójść skrótem:
-O, tędy – pokazuje – prosto jak strzelił zboczem w górę. Tylko proszę uważać na druty kolczaste.  Obiadokolacja o szóstej, proszę się nie spóźnić.

Ruszam. Rzeczywiście, strome zbocze jest szczelnie ogrodzone drutem kolczastym. Nie mam ochoty w to włazić. Już kiedyś pogonił mnie z widłami właściciel ogrodzonego pastwiska, na które wtargnęłam.
Decyduję się iść po Bożemu, szlakiem. Trawa mokra po całonocnym deszczu, strumienie wezbrane. W lesie na zboczach Chyrowej droga chwilami to jedno wielkie bajoro. Więcej kałuż niż gliniastego błota. Dość zimno i pochmurno.
Schodzę w stronę Dukli – i nagle słońce! Robi się upał. Pośpiesznie ściągam kolejne warstwy, wypijam resztkę wody. Zaraz kupię sobie nową.
W Dukli gubię szlak, ale wędruję na czuja w stronę rynku. Wczasowicze snują się w upale. Nad miasteczkiem potężny smog: przez środek jedzie noga za nogą sznur samochodów. Tiry z drewnem, reanimowane busy, wszystko smrodzi na potęgę. Pić!
Nad miastem góruje charakterystyczna sylwetka Cergowej. Jak Giewont nad Zakopanem. Widać ja prawie z każdego miejsca.
Na rynku odkrycie: nowo otwarty mini-barek ze świeżo wyciskanymi sokami. Zamawiam największy ze szpinaku, jabłek i pomarańczy i zalegam na ławce w cieniu. Życie jest piękne!
Oglądam ciekawy rokokowy kościół i coś, co bez wątpienia było kiedyś synagogą. Drugi kościół pod wezwaniem św. Jana z Dukli, nie zachwycił mnie, ale za to stojąc przed nim świetnie widać ten magiczny, przekoszony stożek… Zmierzam jeszcze do parku, ale stwierdzam, że już za późno. Pora wracać. Obiadokolacja, no tak.
Wracając decyduję, że spróbuję znaleźć ten skrót. Łapie jakąś drogę, ale zbyt mocno skręca z powrotem, nie będę przecież łazić w upale po szosie. Chcę wracać lasem. Cofam się do szlaku, idę dalej. Po analizie mapy znajduję skrót. Udało się! Jest już późno, idę szybko. Ścieżka wyprowadza mnie z lasu na piękne, suche łąki. Gdzieniegdzie jałowce jak cyprysy, rozgałęzione malowniczo sosny. Rozległy widok na sąsiednie góry. Schodzę niżej, widać już Chyrową. Ścieżka znika w trawie. Idę na przełaj przez pastwisko. Drut kolczasty!
Próbuję go ominąć, trawersuję zbocze. Pakuję się w nieprawdopodobne chaszcze: kłębowisko jeżyn i ostów, wszystko po pas. Potem wbijam się w las z tak gęstym poszyciem, że trudno normalnie iść. Nie mam maczety… W końcu łapię koryto strumienia. Śliskie, chybotliwe kamienie, zwalone drzewa, ale jakoś posuwam się naprzód. W końcu ląduję na zachwaszczonym pastwisku, gdzie dominują krowie placki. Krów nie ma. Przekraczam jakiś mizerny drut kolczasty – teraz nie mam już wyjścia! Śmierdzi coraz bardziej.
Podwórko, równie zasrane jak wszystko wokół. Mając po prawej gąszcz, a po lewej drut kolczasty i strumień, po prostu muszę przez nie przejść. Kolacja za 5 minut…
Naprzeciw mnie, na środku podwórka, duża owca, tak brudna, że ciągną się za nią brązowo-czarne malownicze kłaki. Stoi jak wryta, z wyrazem autentycznego zdumienia na pysku.
– O, kurwa… Kto ty jesteś? Co tu robisz?
Obok faceci ładują coś na wóz. Miny mają identyczne jak owca.
– Dzień dobry! Przepraszam, że wchodzę na podwórko. Ale trochę się śpieszę. Idę do pana Andrzeja do schroniska.
Jeden z facetów odzyskuje mowę. Coś bełkocze , że tak bezkarnie przez czyjeś podwórko to nie można…
Ale ja już jestem na drodze. Kolacja! Biegiem po zboczu pod górę.

Spóźniam się dziesięć minut. Ale pani wcale nie marudzi. I znów dostaję kotlet zwisający z talerza. Nawet po rąbaniu się przez chaszcze i forsowaniu strumienia nie jestem w stanie go zjeść.

Noga nadwerężona skakaniem po śliskich kamieniach dokucza mi jeszcze przez cały tydzień. Następnym razem przejdę przez te druty.

hyrowa

Górna część mojego skrótu. Widok na dolinę Chyrowej

Góra Kamień

kamien

Wejść na górę to znaczy nawiązać z nią intymną relację. Doświadczasz jej, a ona Ciebie. Zostawiasz swój ślad: pot, zmęczenie, uczucia, których doświadczyłeś. Oraz dostajesz coś w zamian.

I nie mówię tu o pięcio- i ośmiotysięcznikach. Każda góra, nawet niewielka, jeśli chodzi o wysokość w metrach n.p.m., ma coś do zaoferowania. Przecież nie tylko ludzie wysokiego wzrostu mają osobowość.

Górę Kamień znałam już trochę. Przeszłam przez nią w pewne sierpniowe popołudnie. Właśnie skończyła się trwająca całą noc ulewa. Zapamiętałam mokre chaszcze, kiepsko oznakowany szlak i piękny bukowy las. Przeważnie w dół. Szłam z Krempnej w stronę Kątów.

Teraz, rok później,  wiedziałam, że trochę przesadziłam z długością trasy. Szłam na ciężko, z Chyrowej do Kotani przez pasmo Łysej Góry. To niby nie tak daleko. Ale mój kręgosłup z pewną ilością zwyrodnień i moje sztuczne biodro życzą sobie często odpoczywać. Mają w zanadrzu potężny argument – ból. No więc robię przerwy. Kładę się i odpoczywam. Robię psa z głową w dół, żeby odciążyć barki. I w drogę!

Gonił mnie czas. Wyszłam trochę za późno. Ale spotkałam w Chyrowej bratnią duszę, trzeba było pogadać. Z pasma Łysej Góry patrzę na Kamień, ciemny spiętrzony garb po prawej: witaj! Niedługo się spotkamy. Znowu leżenie pod szczytem Łysej (nie dajcie się nabrać, sam szczyt jest zarośnięty, zero widoków! Najlepsza jest polana przed szczytem, bliżej Chyrowej). Więc regeneruję kręgosłup w wysokiej trawie.

-O! – dziwię się głośno – człowiek!

Przez ostatnie dni nie spotykałam nikogo. No, poza ludźmi w schronisku i tymi, co łazili w Dukli po rynku.

Facet pędzi naprzód. Siwa broda, wielki plecak. Idziemy w tą sama stronę. Mijamy się nawzajem, raz on odpoczywa, raz ja.

-Skąd i dokąd? – pytam zwyczajowo. – Z Teodorówki  do Bartnego.

Wow, myślę sobie – niezły zawodnik! Ale niezły zawodnik nie ma mapy ani picia. Po jakimś czasie widać, że jest zwyczajnie zmęczony. Idziemy już razem. Człowiek nie ma mapy, a szlak, jak to w Beskidzie, słabo widoczny. Albo wcale.

Schodzimy na Kąty kupić picie. Widać Wisłokę wijącą się jak wąż u stóp Kamienia. Góra jak zwykle straszy. Podejście jak diabli, a my zmęczeni. To się nazywa Beskid Niski???

Nowy znajomy znów mnie wyprzedza, ale doganiam go przy krawędzi lasu. Późne popołudnie, a góra Kamień piętrzy się przed nami. Teraz idziemy już razem. Po drodze strajk mojej nogi, nadwyrężonej wczorajszym chaszczowaniem doliną bezimiennego potoku. Bandaż i w górę. Stromo! Odpoczywamy coraz częściej. W bukowym lesie już zmrok. Pomału kończą się siły. Myślę o coraz większym zmęczeniu mojego towarzysza. O tym, że jest po zawale. I że na przełęczy, do której idziemy rozstrzelano 1200 Żydów. Mistyczne światło między pniami, duchy aż fruwają w powietrzu.

Mój nowy znajomy rozsądnie decyduje, że zejdzie ze mną do Kotani. To dobrze. Wychodzimy z lasu, aż gęstego od duchów. Uf, na świecie jeszcze jasno! Jest to już to stadium zmęczenia, że znajdujesz się jakby poza swoim ciałem. Czuję ból w kostce, bolesny ucisk plecaka na ramionach, ale wszystko jest jakby poza mną. Tylko ból, coraz silniejszy, jest realny.

Wreszcie Kotań. Miejsce, gdzie śpimy – stajnia Rumak, która działa też jako schronisko- kompletnie nie istnieje w naszej rzeczywistości. Żadnej tablicy ani szyldu. Mamy adres, ale domy w Kotani stoją według swojej własnej logiki. Odpalam Google maps, pokazują mętnie, że to w pobliżu. Gdzie ta cholerna stajnia? Wreszcie jakaś dziewczyna pokazuje nam drogę. Widzimy BARDZO zniszczony budynek, niemal zrujnowany. Tu mamy spać??? Na tym etapie zmęczenia jest nam z lekka wszystko jedno. Jest drugi budynek, odnowiony. Prawdziwa stajnia.

– Śpimy na sianie? – pyta mój towarzysz. Mądrala, ma śpiwór, a ja nic, tylko matę do jogi.

Pojawia się dziewczyna ze schroniska. Eureka! Stajnia z drugiej strony  ma prawdziwe pokoje z najprawdziwszymi łóżkami. Kuchnia, łazienki, salon – po prostu pałac.

Jeszcze kolacja (tłusta mielonka po zawale, Marku???), krótka rozmowa i spać. W nocy budzi mnie ból sforsowanych tkanek. No cóż, zapracowałam na niego. Kiedy rano w mżawce ćwiczę jogę, przychodzi sms: Trochę przesadziłaś: ponad 20 kilometrówy, 800 m różnicy wzniesień. BŁAGAM, nie idź dziś czerwonym szlakiem.

Nie poszłam. Noga w kiepskim stanie i ogólne zmęczenie. Cudownie stromy Ostryj Wierch zostaje na następną wyprawę.

Ostatnie chwile wędrówki z Markiem. Żegnamy się. Schodzę na Świątkową. Zerkam jeszcze w stronę góry Kamień.

Dziękuję ci, Góro. Teraz wiem, że mogę więcej.

 

Wreszcie w drogę!

w drogeNareszcie! Ruszam na samotną wędrówkę! Przede mną dziki kawałek Beskidu Niskiego. Chaszcze i niezbyt dobrze oznakowane szlaki. Zmęczenie i ból pleców w pakiecie. Wielka radość gratis. Obcuję z górami, dotykam ich i połykam je. Rozmawiam z nimi i ze sobą. A przez większość tego czasu – po prostu jestem. Nie ma nic poza drogą. Skały, błoto , drzewa, gąszcze, trawy. Po prostu idziesz, patrzysz, gdzie postawić stopę, jak zejść po śliskim błocie. Gdzie ten szlak? Gdzie sensowny kawałek trawy, żeby odpocząć i nie siąść na krzakach jeżyn? Istnienie i nie-myślenie.

Ruszam z Ożennej. To dawna wieś łemkowska w pobliżu granicy ze Słowacją. Reszki pegeeru, kilka chałup, cmentarz. Nade mną wielki jesion, który pewnie wiele mógłby opowiedzieć. A więc w drogę!

Moje dystanse nie są duże. Mimo wszelkich redukcji plecak trochę waży. Noga z endoprotezą buntuje się, kiedy chodzę z ciężarem zbyt daleko. Podobnie mój kręgosłup. Zawsze zabieram matę do jogi. Trzeba poćwiczyć przed trasą i po. Nie dla fanaberii, po prostu dlatego, żeby uniknąć bólu. Wędruje tez ze mną podróżna poduszka ortopedyczna. Mój kręgosłup szyjny głośno protestuje, kiedy jej nie ma. No dobra, więc ją noszę.

Jak odciążyć plecy podczas wędrówki

wygiecie do tyłu

Wygięcia do tyłu to cała grupa asan. Rozgrzewają, regenerują, świetnie rozciągają całą przednią taśmę ciała. Podczas wędrówki relaksują kark i barki zmęczone dźwiganiem plecaka. Tak więc, jeśli napotkasz odpowiedni obiekt, nie wahaj się ani chwili! Jeśli w dodatku możesz wyprostować nogi, masz dodatkowy bonus – odpoczną też mięśnie nóg, które podczas wędrówki wykonują największą pracę. A jeśli jeszcze głowa jest niżej niż miednica, relaksuje się także mózg, a z nim cały system nerwowy.

Tu odpoczywam na zejściu z pasma Bukowicy w kierunku Wisłoka. Na grzbiecie spotkanie ze Zjadaczem Żmij, oczywiście niespodziewane. Schodzę, jeszcze nie wiem, ze niedługo ucieszy moje oczy widok sarny i sarniątka, które pięknymi, płynnymi susami będą gnać przez wysokie trawy. Jak te gazele w Afryce… A tu Beskid Niski, środek lata.

Drobna uwaga techniczna: tu głowa jest nieznacznie niżej, dlatego ta pozycja nadaje się dla wszystkich. W wypadku innych asan odwróconych przeciwwskazania to nadciśnienie, menstruacja, duża wada wzroku.