Bukowica 2 (aniołowie)

Moje letnie wędrówki zaczynają się wiosną. Siadam z mapą i planuję. Czuję się trochę jak smakosz układający menu. Rozważam, analizuję. Potem i tak życie to modyfikuje. Ale właśnie to jest najbardziej ekscytujące.

W tym roku ciekawym początkiem miała być wędrówka z Darowa do Puław. Akurat na przystawkę… Po wizycie w leśniczówce miałam podejść na górę Dił, musnąć jeden ze szczytów Bukowicy i przez piękne widokowe łąki zejść na Puławy Górne.

Lało od rana. Cóż było robić? Grzecznie pozwalam zawieźć się do Puław. Nie będę łazić w deszczu, skoro jeszcze mam do dyspozycji samochód.

Docieram na kwaterę późnym popołudniem. W Puławach więcej krów niż ludzi. Malownicza, pięknooka grupa stoi na przystanku. Nie wiem tylko, czy autobus je zabierze?

Deszcz przestaje padać. Ruszam na zachód słońca na widokowy szczyt Polana. Wszystkie pasące się tam krowy patrzą na mnie: kim jesteś? Dokąd idziesz?. Zaliczam zachód słońca. Wypogadza się. Dreszcz ekscytacji: jutro wyruszam!

Następnego dnia od rana w drodze. Chcę przejść przez bezimienny grzbiet do Woli Sękowej, zobaczyć Uniwersytet Ludowy, podejść na dziko na Bukowicę i wrócić czerwonym szlakiem, który biegnie przez jej pasmo. Trasa w większości bez szlaku, ale od czego mam mapę i czuja? Aha, mam jeszcze GPS w telefonie. Na bezimiennym grzbieciku łapię szlak jeździecki. Wszystko gra. Po całodziennym deszczu  droga przypomina koryto wypełnione rzadkim błotem. Spotykam tylko dwie piękne łanie. Słońce! Dziś już nie będzie deszczu. Szlak jeździecki skręca w bok, a ja bez trudu docieram do Woli Sękowej. Robię dużą pętlę przez wieś. Mogłabym skrócić, ale to przecież wycieczka krajoznawcza. Wszędzie zabawne rzeźby. Drewniany rybak z drewnianym pstrągiem nad potokiem. Rzeźbiony strach na wróble na rozstajach.

Podchodzę zawracając do górnej części wsi. Jest Uniwersytet Ludowy. Odremontowany ładny budynek, wokół w starym sadzie kolejne rzeźby. Wiklinowy ptak czuwa koło domu. Korowód drewnianych postaci wędruje w stronę pól. Spędzam tam całą godzinę. Odpoczywam, jem puszeczkę tuńczyka i gadam. Dziewczyny pokazują mi kolejne pomieszczenia. Może zrobimy tu kiedyś wyjazd jogiczny?

Poora ruszać. Bukowica groźnie piętrzy się przede mną. Po analizie mapy decyduję się na jedną z dróg. Szlaku nie ma i nie będzie. Ale idąc w górę muszę dotrzeć na grzbiet! Najwyżej będzie trochę chaszczowania…

Przez przysiółek Wola Jaworowa docieram do krawędzi lasu. Tu zaczynają się schody. Na mapie mam dwie drogi. A tu – cztery. Po namyśle ruszam środkową. Typowa droga zrywkowa, błoto gęste jak śmietana. Idę stromo do góry. Super, zdobywam wysokość!

Po jakimś czasie orientuję się, że droga trochę za bardzo skręca na zachód. Powinnam iść na północ. To nic, może zmieni kierunek? Zmienia, na jeszcze bardziej zachodni. I docieram do dwóch zrywkowych maszyn na stromym zboczu. Droga skręca dalej ostro na południe. Co tam! Widzę, że grzbiet już blisko. Jestem trochę za bardzo na zachód, ale ten szczyt na pewno łączy się z Bukowicą. Podchodzę zanikającą ścieżką. Potężne chaszcze, splątany gąszcz malin i jeżyn po pas, co chwila zwalone pnie. Rąbiąc się przez gąszcz docieram do miejsca, gdzie wszędzie jest w dół. Gdzie Bukowica?!

Rozkładam mapę. Aha, Jawornik, jedyny szczyt w pobliżu nie połączony z głównym grzbietem. Teoretycznie jestem blisko, ale muszę zejść stromo w dół przez chaszcze i znowu stromo podejść. W tempie kilometr na godzinę. To już chyba wolę rzadkie błocko na drodze zrywkowej…

Grzecznie podkulam ogon i schodzę. Na chaszczówę zużyłam ponad godzinę czasu i sporo sił.

Po analizie mapy decyduje się na nieco okrężną drogę przez wieś Tokarnia. Wygląda na to, że leśna droga dochodzi do grzbietu. Pewności oczywiście nie ma. A czas płynie…

Ruszam dobrym krokiem. Nie chciałabym iść przez Bukowicę nocą. Nocne  błądzenie niekoniecznie mi pasuje. Wiem, że jest tam gawra niedźwiedzia. Zatrzymuję się na krótko, żeby spojrzeć na mapę. Odpalam GPS w telefonie, ale tylko na chwilę. Oszczędzam baterię. Oszczędzam też wodę. Jedzenia już nie mam. Dam radę!

Droga pnie się coraz stromiej. Środkiem płynie już błotnisty strumyk. Wciąż nie mam pewności, jak daleko do grzbietu. Las jest gęsty, a błoto kosmiczne. Słońce zniża się coraz bardziej. Cały czas idę w górę. Duża ta Bukowica…

Jest! Wreszcie grzbiet i czerwony szlak. Oglądam mapę. Teraz dopiero widzę, że Bukowica wzięła haracz. Gdzieś w dzikich ostępach został mój turystyczny kapelusz. Trudno. Może jakiś misiek go założy…

Idę szybkim krokiem. Błoto kosmiczne jak dotychczas, ale przynajmniej jest mniej stromo. Chcę jak największą część lasu przejść za dnia. Nagle: cud! W tym stromym, odludnym miejscu wiata! Nowa, bardzo porządna, z piecem typu grill. W wiacie siedzą trzej aniołowie i wyżerają coś z menażek. Dla niepoznaki ubrani jak turyści.

-Cześć! – woła pierwszy anioł. – Na pewno jesteś głodna. Gulaszu już nie ma, ale dostaniesz kanapeczkę.

Gadamy. Jak zwykle: skąd i dokąd? Aniołowie mają namiot i chcą nocować gdzieś w pobliżu.

Dostaję kanapeczkę z pasztecikiem. Wcinam, aż miło, chociaż jestem wegeterianką. Nalewają mi też całą butlę wody.

Dzwoni telefon:

-Jak tam? Jesteś już w knajpie? (no tak, miałam zdążyć do restauracji w Puławach na kolację).

– Jeszcze nie…

– A gdzie jesteś?

– Na Bukowicy, przy jednym ze szczytów – mówię oględnie.

Aniołowie chcą spieszyć z wyjaśnieniami, gdzie dokładnie jesteśmy. Uciszam ich stanowczym gestem. Po co człowieka denerwować?

-Ojej, to jeszcze strasznie daleko!

– Spoko, mam czołówkę. Dam radę!

Żegnam się z aniołami i ruszam. Zapada zmrok. Las traci szczegóły, kontury rozmywają się coraz bardziej. Wędrując zaczynam gwizdać łemkowskie piosenki. Tak na wszelki wypadek, pod te miśki… Nie zapalam jeszcze czołówki. Ciemność pochłania mnie. Wyczuwam szlak pod stopami, błoto chlupie. Staję się jednym z Bukowicą. Oddycham z nią, wchłania mnie miękko i przyzwalająco. Czuję zmęczenie, ale wiem, że mogłabym tak iść i iść.

Zapalam czołówką dopiero na zejściu, kiedy błoto staje się jeszcze rzadsze. Poza tym nie widać już znaków na drzewach, a ścieżka dzieli się na dwie lub trzy…

Już wyjście z lasu. Na bezchmurnym niebie wielki księżyc.

Oglądam się w tył, na ciemny, milczący grzbiet. Dzięki, Góro! Przeżyłyśmy coś razem.

Wracam powoli przez łąki zalane światłem księżyca. Przechodzę obok łemkowskiego cmentarza. Stare drzewa milczą, duchy aż fruwają w powietrzu. Hospody pomyłuj!

Na kwaterę docieram koło dziewiątej wieczorem. I znów puszeczka: tuńczyk z warzywami. To z pewnością dzień tuńczyka. I dzień Bukowicy.

bukowica

Bukowica w zapadającym zmroku. Jeszcze coś widać.